Pożyczony

10 Lu

Mówią, że był impulsywny. Mówią, że trudny. Że nie wiedzą, dlaczego nagle się pojawił w ich życiu, a tym bardziej – dlaczego zniknął. 

Zaczęło się od zgubionej wizy. To znaczy dla mnie wtedy się zaczęło. Dla nich wszystkich – to epizod, który niewiele mógł już znaczyć.
Zgubienie wizy to zazwyczaj pech. Musisz wydać jakieś 100 dolarów na opłaty w ambasadzie, żeby dostać następną, pójść na rozmowę, wypełnić papierki. Nic strasznego, po prostu trochę załatwiania.
Gorzej, jeśli jesteś Meksykaninem i zgubisz wizę na kilka dni przed wylotem do Europy, ze Stanów. Do  dziewczyny, której nie widziałeś sześć miesięcy. W takiej sytuacji był Jorge – takiej, że właściwie tylko strzelić sobie w łeb.

Ale nie on jest bohaterem tej opowieści.

Plaża w Tijuanie

Czytaj dalej

Płukanka blond

2 Lu

To jej trzeci dom, ale tym razem miała naprawdę dużo szczęścia. Myśli o tym, kiedy poleruje srebra, nakrywa do stołu i kiedy modli się przed snem w małym pokoiku na poddaszu.

Los uśmiechnął się do niej, gdy po urodzeniu nadawano jej imię: Mari. Pierwsza pokojówka w domu Państwa, przed wielu, wielu laty, też je nosiła. Od tamtej pory Pan nie mówi do żadnej służącej inaczej, wszystkie są „Mari”. Dlatego Mari czuje się wyróżniona – do niej mówi jej prawdziwym imieniem.

Szczęśliwym trafem w weekendy ma wolne, to znaczy nie pracuje wtedy u Państwa. O ósmej rano w sobotę przychodzi do córki Państwa, która jest dorosła i ma swój własny dom. Panienka jest inna niż Państwo, przychodzi do Mari i razem gotują, pyta ją, co tam u niej. Mari lubi przychodzić do Panienki. Wie, że Panienka pamięta, jak ona ma imię.

Udało jej się też z czasem wolnym. Dwa razy do roku może wyjechać z Tijuany, gdzie mieszkają Państwo, do San Cristobal, skąd pochodzi. To ponad 3,5 tysiąca kilometrów. Państwo fundują jej samolot. Wtedy odwiedza męża, przez dwa tygodnie przytula dzieci, ma czas porozmawiać z matką. Nie każdy ma tyle szczęścia.

Czytaj dalej

Waluta Patti Smith

26 Sty

Pracuj, koncentruj się na tym, to co robisz było dobre. Dbaj o swoje imię. Któregoś dnia stanie się ono twoją walutą – powiedziała w przesłaniu do młodzieży Patti Smith, matka chrzestna rock and rolla. Kto pozna historię jej kariery zrozumie, że wie, o czym mówi. 

Dwudziestoletnia Patti budzi się na zapleczu księgarni, w której pracuje. Przed kilkoma miesiącami przeprowadziła się do Nowego Jorku z małego miasteczka w Pensylwanii. Nie ma pieniędzy na wynajem mieszkania, więc codziennie przed zamknięciem sklepu chowa się w toalecie i czeka, aż wszyscy wyjdą. Rano jak gdyby nigdy nic się pojawia. Szef jest zadowolony – jaka punktualna pracownica!

Patti and a cat

Czytaj dalej

Cyrkowa mama ginie na arenie

29 Lip

Akrobatka z ponad dwudziestoletnim doświadczeniem, mama dwójki dzieci i zarażająca uśmiechem nauczycielka w szkole cyrkowej: – „Kiedy dowiedziała się, że nasz głęboko autystyczny syn chciałby nauczyć się robić przewroty, Sarah zaproponowała prywatne lekcje dla niego. Nauczanie dawało jej mnóstwo radości”. W ostatni weekend czerwca Sarah Guillot-Guyard zgnięła na arenie Cirque du Soleil.

Bez tytułu

(www.cirquedusoleil.com)

Czytaj dalej

Czytałam ostatnio artykuł..

17 Lip

Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że bardzo często zaczynam tak zdanie. 

Prasę czytam maniakalnie: lubię książki, ale bez gazet nie potrafię żyć. Męczyłam się podczas pobytów zagranicą, zabrane do walizki czasopisma obczytywałam od deski do deski. Mama kilka razy wysłała mi paczkę z ulubionymi magazynami. Wśród nich koniecznie kilka numerów „Wysokich Obcasów”, sobotniego dodatku do „Gazety Wyborczej”.

Publikacja w „Wysokich Obcasach” to od dawna moje marzenie.  Wyobraźcie sobie zatem moje wzruszenie, kiedy internetowa odnoga „WO” przyjęła mój tekst do publikacji. To artykuł o hiszpańskich emerytach, którzy walcząc z kryzysem i samotnością decydują się razem wynająć mieszkanie. Temat znalazłam w dzienniku z Katalonii „La Vanguardia”.

Artykuł nosi tytuł „By nie być samotnym. Hiszpańscy emeryci szukają współlokatorów”. Oczywiście serdecznie Was zapraszam do czytania i komentowania.

Cieszę się, że mogę pokazywać moje teksty szerszej publiczności, ale nie znaczy to, że zrezygnuję z bloga. Wpadajcie tu jak najczęściej, obiecuję nie osiąść na laurach. Mam nadzieję, że będzie tak, jak zażartowała moja koleżanka Natalia:
„Teraz już nie będziesz mówić „czytałam kiedyś w WO” tylko „pisałam kiedyś do WO, że…

Image

Coraz mniej samotna planeta

11 Lip

„Zdezelowany samochód, kilka dolców w kieszeni i duch przygody” – ponoć tyle wystarczyło do stworzenia Biblii podróżników. Przewodniki spod znaku Lonely Planet to dla jednych obietnica udanych wakacji, a dla innych – niszczenie przyjemności podróżowania. 

Upalny, sierpniowy dzień w mieście Waranasi, w Indiach. Pot przykleja ubrania do ciał, gorące powietrze poddusza: nie pomaga wachlowanie, ani polewanie głowy zimną wodą. Chcemy schować się przed słońcem i spróbować jakiegoś nowego jedzenia. Od czego jest Lonely Planet – przeglądamy listę rekomendowanych knajpek i wybieramy jedną z nich.

Lokal jest przy dużej, ruchliwej ulicy, ale nie sposób go pomylić z żadnym innym: na szyldzie duży napis „Lonely Planet recommended”. W środku czekają nas dwie niespodzianki. Pierwszą są ceny – kilka razy wyższe, niż w bliźniaczych restauracjach, które wcześniej odwiedziłyśmy. No i towarzystwo: paru blondwłosych surferów z Australii, grupa Hiszpanów, dwie Niemki. Hindusi też są: jeden jest kelnerem, drugi kucharzem, trzeci myje stoliki. Słowem – znajdujemy się w enklawie turystów. Wychodzimy, zresztą i tak nie ma gdzie usiąść.

Podobnie jest w proponowanych przez LP hostelach i noclegowniach. Zewsząd słychać wszystkie europejskie języki, jest też kilku Amerykanów. Nasze oczekiwania były inne – chciałyśmy na jak najlepiej poznać Indie, a nie zacieśniać kontakty z Europą Zachodnią.

Opisana wyżej sytuacja to nie jednostkowy przypadek. Autor bloga TravelIsFree.com w artykule o wiele mówiącym tytule „Lonely Planet Sucks”, tak opisuje swoje doświadczenia:

Jeśli podróżujecie po świecie po to, żeby spotykać ludzi takich, jak w miejscu które zostawiacie, to polecam Wam korzystanie z Lonely Planet. Po prostu wybierzcie jakąś knajpę którą tam się poleca. Osobiście nie znoszę tych miejsc, bo nie mają nic wspólnego z lokalną kulturą i dominują w nich imprezowicze.

Według autora bloga, przewodniki mogą się bardzo przydać, choć niekoniecznie w sposób, jaki wymarzyliby sobie ich twórcy:

– Na Sri Lance poznałem człowieka, który czytał książkę i wybierał te miejsca, które nie były w niej opisane. Powiedział mi, że jak dotąd były to jego ulubione lokale – tłumaczy – Ludzie nie próbowali mu tam sprzedawać wszystkiego: od laserowych wskaźników po przejazd taksówką. Zamiast tego zabierali go do swoich domów i dzielili się lokalnym jedzeniem. 

Ale tworzenie sztucznych, skoncentrowanych na turystach miejsc to nie jedyny zarzut wobec LP.

150522_1786085696599_32234_n

Złota Świątynia, Armittsar, Indie. Jak widać poznawanie tubylców szło mi nienajgorzej 

Autor przewodnika idzie do piekła

Zdezelowany samochód, kilka dolców w kieszeni i duch przygody – tak założyciele wydawnictwa Maureen i Tony Wheeler opisują wycieczkę, która zapoczątkowała Lonely Planet. To była ich podróż poślubna: przejazd przez Europę, Azję, aż do Australii (niestety, nie precyzują jak ich „zdezelowany samochód” poradził sobie z przepłynięciem Oceanu).

Przejazd zajął im siedem miesięcy. Po wszystkim powstała książka: Across Asia on the Cheap, która zapoczątkowała serię.

Mamy więc parę idealistów, którzy poznają świat, a swoimi doświadczeniami dzielą się z odbiorcami na całym świecie. Fani LP tak chcieliby widzieć autorów każdego kolejnego przewodnika. Wizerunek ten nadszarpnął Thomas Kohnstamm, spod pióra którego wyszło kilkanaście tytułów z serii Lonely Planet: Brazylia, Karaiby, Wenezuela, Chile.. Jego wydana w 2008 roku książka „Do Travel Writers Go to Hell?” wstrząsnęła podróżniczym światkiem. Jak napisał serwis Philly.com, „Kohnstamm odsłonił kulisy pisania książek podróżniczych”.

Co takiego ujawnił?

Nie zapłacili mi wystarczająco, żebym mógł pojechać do Kolumbii – pisał – Napisałem więc książkę w San Francisco. Informacje zdobywałem od dziewczyny, z którą się spotykałem. Była stażystką w kolumbijskim Konsulacie.

Kilku innych autorów LP poparło Kohnsthamma przyznając, że nieadekwatne płace powodują skróty w tekstach przewodników.

Ogromna większość podróżniczych pisarzy jest świadoma odpowiedzialności – oponował Joulon Attwool, dziennikarz Daily Telegraph –  ponieważ wiedzą, że ktoś może polegać na tym, co napiszą.

Po publikacji książki Kohnsthamma Lonely Planet zadrżało, ale skandal nie zaszkodził pozycji wydawnictwa. Być może ostrożniej dobiera się  teraz autorów.

Zapomnieć, zostawić, zbojkotować

Niepokorni pisarze to niejedyny problem Lonely Planet. W feralnym, 2008 roku, oprócz książki ich ex-autora, pojawiła się także propozycja bojkotowania przewodników spod znaku LP. Powód? Rzekome wspieranie junty wojskowej w Birmie, kraju w południowo-wschodniej Azji, znanego też pod nazwą Mjanma.

Istnienie przewodnika po Birmie zachęca ludzi do odwiedzenia kraju, którego pewnie nie braliby pod uwagę – argumentował Brendan Barber, sekretarz generalny brytyjskiego Stowarzyszenia Handlu (Trades Union Congress, w skrócie TUC).

Tricia Barnett z działu Turystyki tłumaczyła: – Biorąc pod uwagę rażące łamanie praw człowieka w w tym kraju, nie wierzymy, że jakakolwiek firma mogłaby przyjąć neutralne stanowisko wobec Birmy. Najwyraźniej to właśnie czyni Lonely Planet wydając swoją książkę.  

Chcielibyśmy, żeby przemysł turystyczny wyrzucił Birmę z listy potencjalnych celów podróży. Zdjęcie z półek pozycji LP bardzo by w tym pomogło – dodawał Brendan Barber, sekretarz generalny Stowarzyszenia.

Bojkot zdał się na niewiele; zamiast niego musiała podziałać historia. Junta ostatecznie upadła, sprawiając, że większość krajów wycofało sankcje przeciwko Birmie. Tym samym protest stracił sens.

Wydeptane ścieżki

Korzystanie z przewodników – nie tylko Lonely Planet – przypomina chodzenie po wydeptanej ścieżce. Większa wygoda, zapewnione poczucie bezpieczeństwa. Dlatego trudno krytykować samą ideę kupowania takich książek, szczególnie wśród początkujących turystów:
Jeśli dopiero zaczynasz podróżować, to powinieneś kupić książkę LP. – tłumaczy autor bloga TravelIsFree – To może ci pomóc złapać wiatr w żagle. 

Później warto ruszyć przed siebie bez szczegółowego planu i z oczami dookoła głowy, nie w książce. Czasami trzeba się zgubić. Jak radzi TravelIsFree:

Wyjdź z autobusu i po prostu się rozejrzyj. Pójdź do części miasta, w której chciałbyś nocować. Zapytaj mieszkańców, gdzie kupują jedzenie. 

A co najlepsze – wszystkie ich rady dostaniesz za darmo.

Image

Im bardziej się boję, tym bardziej w to wchodzę

6 Lip

Klientki rozpoznaje po biuście. Rodzina śmieje się, że przyrosła do komputera, a córka pyta, czy też będzie dobierać staniki. Karolina* w trzy lata zbudowała silną markę na rynku bielizny, ale stale podnosi sobie poprzeczkę.

Karolina czuwa przy łóżeczku nowo narodzonego syna w jednym z trójmiejskich szpitali. Małe ciałko oplątane rurkami i pokłute wenflonami – Antek ma zapalenie płuc. Kiedy zasypia, Karola siada przed laptopem, starając się nie zbudzić nikogo: Antka, innych dzieci na sali, ani ich śpiących matek. Jak najciszej klika akceptując pierwsze wysyłki bielizny. Jest lipiec 2009 roku, właśnie otworzyła sklep internetowy.

Czytaj dalej

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 53 obserwujących.

%d bloggers like this: